sobota, 25 sierpnia 2012

Rozdział 20 - Starlight we’ll find a place where we belong

Jared

-Auu...-syknąłem przewracając się na drugi bok i złapałem za bolące ramię. 'Co jest do cholery?' otworzyłem oczy i od razu tego pożałowałem. Słońce wpadające przez okno z samego rana dla człowieka, który jest na kacu, to najgorsze co może być. Głowa mnie rozsadzała... a na dodatek to cholerne ramię. Pić... picie... potrzebuje picia... Próbowałem wyczuć jakąś butelkę na oślep pod łóżkiem, jednak z marnym skutkiem. Usiadłem na łóżku próbując sobie przypomnieć jak się tu znalazłem. Pustka. Cholerna pustka. Stanąłem na równe nogi i od razu złapałem się za kostkę, która niemiłosiernie zaczęła boleć. Wyszedłem z pokoju kierując się do kuchni i poczułem dochodzący z niej zapach kawy i czyjeś śmiechy.
-Ooo proszę. Udało ci się wstać...-powiedział Shannon, który stał przy kuchence i smażył jajecznicę, a na krześle przy blacie siedziała Nina popijając kawę.
-Co wy tu robicie?-spytałem z trudem. Przy każdym wymawianym słowie moje gardło paliło.
-No to nawet się nie pamięta, że zadzwoniło się po mnie w nocy?-spytała blondynka. Wyciągnąłem z lodówki wodę i pokręciłem przecząco głową.
-Oj braciszku... to jak się dowiesz co uczyniliście to będziesz z siebie bardzo dumny.
-Gdzie jest szafka?-zauważyłem pustkę na jednej ze ścian.
-Mnie się nie pytaj. Kiedy przyjechaliśmy wszystko leżało na ziemi.-opróżniłem butelkę naraz i zabrałem kubek z kawą blondynce, na co posłała mi złowieszcze spojrzenie.
-Gdzie jest Tomo?-przypomniałem sobie o przyjacielu, z którym zrobiliśmy małą imprezkę.
-Pod prysznicem śpi. Idź się lepiej ubierz i zacznij sprzątać.-rzucił we mnie ścierką, stawiając przed sobą i blondynką jajecznicę.
-Shannon ratuj...-jęknąłem uderzając głową o blat.
-Masz za swoje. Zasłużyłeś sobie na to.- Nagle na górze rozległ się huk i po chwili koło nas zjawił się Gitarzysta. Miał na sobie całe podarte spodnie i był mokry... Wyglądał jak chodząca śmierć.
-Wypad z kuchni śmierdzielu!-wrzasnął Shannon.
-Cicho człowieku...-syknąłem krzywiąc się z bólu.
-Wykąpałem się...- mruknął - Nie mam żadnych ciuchów...-usiadł na podłodze, przykładając głowę do ściany.
-Macie to.- Shannon prychnął i podał nam dwie tabletki.- Odechce wam się szaleć.-po całym domu rozległo się dobijające pukanie do drzwi. Wróć.. walenie, a nie pukanie.
-Kto do kurwy nędzy o tej godzinie się dobija?-każdy dźwięk ranił moje ciało... wszystko bolało i nie chciało przestać.
-Jest już 12.-wyjaśniła blondynka. Wstałem leniwie i poszedłem otworzyć. Złapałem za klamkę i o mało nie dostałem w zęby, przed drzwiami stał wściekły sąsiad.
-To już szczyt wszystkiego!-wrzasnął, a tuż za nim pojawiła się jego żona.
-Dzień dobry, a można by tak jaśniej?-spytałem skołowany.
-Jaśniej?! Co tu można mówić jaśniej?! Zdewastowaliście nam podwórko!
-Jakie podwórko? Jaka dewastacja?
-I patrz!-odwrócił się do żony - Śmie mi jeszcze kłamać w oczy!
-Dzień dobry...-za moich pleców wyłonił się Shannon, a trochę dalej stała Nina i Tomo.
-No proszę! Jest i druga gwiazda! Naprawdę panowie...
-Mógłby mi pan naprawdę powiedzieć o co chodzi?-czułem narastającą we mnie złość. Przychodzi do mnie do domu i wrzeszczy nie wiadomo co.
-Proszę pana... To wszystko można wyjaśnić spokojnie.-odezwał się Shannon - Pokryjemy wszelkie szkody.
-A ja mam w dupie wasze pieniądze!
-W takim razie co innego możemy zrobić?-westchnął Shannon.
-Bezczelni gówniarze! Pieniędzmi by tylko przekupywali!
-Wypraszam sobie.-zacisnąłem dłonie w pięści i zmrużyłem oczy.- Jesteśmy dorosłymi ludźmi i chyba możemy jak oni rozmawiać, tak?-starałem mówić się jak najspokojniej.
-Dorośli ludzie?! Gówniarze z was i tyle!-wymachiwał przede mną rękoma, a jego żona próbowała go uspokoić.
-Jeśli przyszedł pan do mojego domu, żeby mnie obrażać w takim razie proszę wyjść.-wskazałem na furtkę. To już przeszło wszelkie możliwe granice. Facet jest starszy od nas o kilka lat, a traktuje nas jak dzieciaki. No cóż.. może nie wyglądamy na tyle ile mamy, no ale...
-Na policję dzwonię! Przed dwa lata kiedy was nie było był spokój! Znowu się zaczęło! Narkomani i alkoholicy! Gwiazdy się znalazły! Co ja gadam?! Na jaką policję! Do mediów od razu z tym! Będziecie skończeni!
-Może do jasnej cholery zacząć mówić pan spokojnie?!- nie wytrzymałem i wrzasnąłem.
-Gówniarzu! Nie będziesz na mnie wrzeszczał!-wycelował we mnie palcem i poczułem dłoń Shannona na swoim ramieniu.
-To pan przychodzi do mojego domu i wrzeszczy strasząc! Wypraszam sobie takie traktowanie! Jeśli pan wydorośleje i zacznie mówić od rzeczy proszę wtedy do mnie przyjść i urządzimy sobie rozmowę na poziomie dorosłych ludzi! Już najwyższy czas się tego nauczyć!-prawie, że to wykrzyczałem i nie czekając na jego reakcję zatrzasnąłem mu przed nosem drzwi.
-Co za pojeb!-krzyknąłem odwracając się w stronę przyjaciół, którzy stali z szeroko otwartymi oczami.- O co mu tak w ogóle chodzi?!
-Nie pamiętasz nic?- Shannon przewrócił oczami.
-Coś tam pamiętam...-złapałem się za skronie starając cokolwiek przypomnieć.-Piliśmy, graliśmy... wywaliłem się na fotelu...
-Szukaliśmy Shannona.-odezwał się Tomo - I wyszliśmy na dwór. Dalej nie wiem.
-No to pięknie... Zacznijmy może od tego, że zrobiliście totalny rozpierdol w domu. Zatrzasnęliście się na dworze i chcąc wejść do domu musieliście przełaził przez płot, więc chyba o to im chodzi. No ale i tak najlepszą częścią jest to, że Tomo zjeżdżał z górki w ich kontenerze na śmieci i zatrzymaliście się na jednym z krzaków innych sąsiadów. Zrobiliście takie zamieszanie, że wszyscy wyszli z domów.-słuchałem go marszcząc brwi pomału sobie wszystko przypominając.
-O kurwa...-wymsknęło się Tomo.- Stąd ten smród.
-I tak najlepsze jest to, że wyciągnęliście Pitagorasa.- Włosy stanęły mi dęba i zrobiło gorąco. Musiałem zapewne wyglądać jak burak.
-Bo zaraz ci oczy wyjdą na wierzch.-prychnął Shannon - Spokojnie. Pitka udało mi się całe szczęście w porę uratować. Nie można tego powiedzieć o twoich dwóch ulubionych akustykach.- Otworzyłem usta, ale na powrót je zamknąłem. Tomo zrzedła mina.
-Aa-aa-a co z moją?-wyjąkał.
-Twoja nie została nawet ruszona, no ale akustyki...
-Zamknij się...-wyciągnąłem rękę w jego stronę kręcąc głową. 'No kurwa! Moje akustyki?! Moje kochane akustyki?!'
-Alibi?-spytałem marszcząc oczy i bojąc się odpowiedzi.
-Całe szczęście nie... Jeden jakoś może uda ci się odnowić, ale drugiemu możesz kopać dół.-przelotnie klepnął mnie w ramię i wrócił z blondynką do kuchni.
-Zadzwonią do mediów?-Tomo złapał włosy i zaczesał do tyłu. Nie wyglądał na dumnego z siebie.
-Po tym pojebie wszystkiego można się spodziewać -prychnąłem. Nikomu nie życzę takich sąsiadów. Nigdy nic im nie pasowało, jeden głośniejszy dźwięk i już przylatywał na skargi. Kutas jebany. Współczułem tylko jego rodzinie. Zdarzały nam się imprezy, no ale odbywały się chyba na naszym terenie, tak? A że kilka razy coś przypadkiem znalazło na ich podwórku...
-Shannon... Ty czy ja?-krzyknąłem do brata z korytarza.
-Ja nic nie zrobiłem. Ty się tłumacz, ale radziłbym spokojnie. Poczekaj, aż pojedzie do pracy.
-Kurwa...-przekląłem cicho pod nosem. Liczyłem na to, że i tym razem uda mi się udobruchać jego żonę, jakkolwiek to zabrzmiało.
-Idę się wykąpać.-poszedłem na górę i wziąłem szybki, orzeźwiający prysznic. Byłem cały w siniakach, a moja twarz wyglądała tragicznie. Sine, podpadnięte oczy, wysuszone usta i gdzieniegdzie małe ryski cholera wie po czym. Normalnie jakbym wskoczył w tłum rozszalałych fg. Nałożyłem na siebie stare jeansy, które teraz były na mnie o wiele za duże i luźny biały top, a na to niebieską koszulę. Gdy tylko znalazłem się u szczytu schodów spotkałem się z karcącym spojrzeniem Shannona.
-Co?
-Stroić mi się będzie. Sprzątać ten cały syf.
-Spokojnie... posprzątamy.-zaakcentowałem 'posprzątamy', licząc na jakiś odzew ze strony Tomo, który przysypiał na kanapie w ciuchach Shannona. Nic jednak nie nastąpiło. Usłyszałem otwierane drzwi i w salonie stanęła czerwona ze złości Vicki.
-Gdzie jest ten idiota?!-wrzasnęła, a Tomo jak na zawołanie poderwał się na równe nogi.
-No wiedziałam... zobacz człowieku jak ty wyglądasz! Co tutaj w ogóle się działo?!-rozejrzała się po całym pomieszczeniu. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, bylibyśmy martwi.
-Vickuś... kochanie... tylko trochę wypiliśmy przecież to nic takiego... Skąd w ogóle wiesz?-Tomo próbował się do niej zbliżyć ta jednak odskoczyło od niego, broniąc się rękoma.
-Skąd wiem?! Na przykład stąd, że zadzwoniłeś pijany do mojej matki wypaplałeś wszystko na temat tego, czemu nie chcemy tam pojechać, a na dodatek spytałeś się jej jak masz zrobić swojej żonce minetę, ale taką, żeby z 30 razy okrążyła Marsa po tym! I dałeś jej wraz z Jaredkiem- tu spojrzała na mnie i uśmiech, który zaczął malować się na mojej twarzy podczas jej wywodu zniknął - radę jak ma zrobić mojemu ojca loda!-nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem, to samo poczynił Shannon i normalnie krztusił się ze śmiechu. Tylko coś naszemu Tomciowi nie było wesoło.
-Vicki... przepraszam... wiesz, że po alkoholu gadam głupoty...
-Ależ oczywiście, że wiem! Dlatego masz zakaz na alkohol do końca życia!-ruszyła szybkim krokiem w stronę wyjścia.
-Vicki...-zaczął Tomo cicho.
-Nie chcę cię widzieć w domu!-trzasnęła drzwiami.
-No to masz przejebane...-złapałem się za bolący ze śmiechu brzuch i usiadłem na schodach. Drzwi znowu się otworzyły i Vicki podeszła do Tomo.
-Jednak idziesz do domu, bo znowu coś głupiego odwalisz. Nie chcę słyszeć z twoich ust ani jednego słowa.-popchnęła go przed siebie, a on ze skruszoną głową podreptał do przodu - Radziłabym ci się wyrobić szybciej niż w 30 sekund -syknęła na niego i po chwili usłyszeliśmy pisk opon.
-No to nasz Tomislav się doigrał....-Shannon rozwalił się na kanapie.- No i wygląda na to, że musisz sam sprzątać.-zarechotał wesoło. Złapałem jedną z butelek i rzuciłem w braciszka.
-Gdybym ja cię rzucił, to by cię to złamało w pół!-zamachnął się na mnie, lecz miałem trochę lepszy refleks od niego i zdążyłem się schylić, a butelka roztrzaskała o ścianę.
-Róbcie jeszcze większy bałagan, bo naprawdę jest mało do sprzątania...-blondynka usiadła na stole do bilardu.
-Shannon...-spojrzałem na brata wykorzystując moc swoich ocząt.
-Nawet o tym nie myśl. Mnie tu nie było, więc ty idziesz. - niezainteresowany włączył telewizor.
-Ale jak rzucę się na niego z łapami...
-Jeszcze nigdy się nie rzuciłeś, więc spokojnie. A zresztą jak się kąpałeś odjechał, więc droga wolna.
-Będziesz coś chciał.-burknąłem pod nosem i wyszedłem z domu. Na dole na podwórku innych sąsiadów w krzakach leżał kontener, więc historia musiała być prawdziwa. Mimowolnie zachichotałem pod nosem. Oj... widok Tomo musiał być zabójczy, szkoda tylko, że tego nie pamiętam. Wszedłem na podwórko tego kutasa i dostrzegłem na ścieżce dziewczynę, która męczyła się z książkami, które wypadły jej z rąk.
-Pomogę.-podleciałem do niej i złapałem książki, gdy się podniosła dopiero poznałem w niej córkę sąsiadów.
-Blair?-otworzyłem szeroko oczy ze zdziwienia.
-Oo Pan Leto. Dzień dobry.-przywitała się i chciała przejąć ode mnie zguby.
-Pomogę ci i tak się do was wybieram i żaden 'Pan Leto'-wykrzywiłem się teatralnie i podałem jej dłoń – Jared. Gdybym spotkał cię na ulicy chyba bym cię nie poznał.-byłem pod wrażeniem tego jak się zmieniła - Ile ty masz lat? - No tak, tak... kobiet nie powinno pytać się o wiek, ale co tam.
-Osiemnaście.- Uśmiechnęła się nieśmiało. Kiedy widziałem ją ponad dwa lata temu była jeszcze zakompleksioną nastolatką w dwóch kiteczkach, a teraz rude włosy sięgały jej do połowy pleców, idealne ciało okrywały wąskie, skórzane spodnie i siwa koszulka. Delikatny makijaż... wow.. W życiu nie dałbym jej 18 lat. 'Dobra Leto, skończ' nakazałem sobie. Kiedy przepuszczałem ją w drzwiach mimowolnie objechałem wzrokiem po jej nogach.
-Mam nadzieję, że rodzice w domu.-wyrwała mnie z rozmyślania i zmusiła od oderwania wzroku od swoich nóg.
-Yhmm...-odwróciła się do mnie z uśmiechem i wzięła książki
-Dziękuje za pomoc.
-Nie ma za co.
-Poczekaj tutaj, a ja zaraz wrócę.-usiadłem na fotelu w salonie i patrzyłem za odchodzącą dziewczyną i modliłem, aby udało mi się przeprosić jej matkę. W sumie już kilka razy uratowała nam tyłek, więc kiedyś powinienem kupić jej posąg, kwiaty czy coś w tym stylu.
-Pani Stone...-podniosłem się z miejsca, gdy kobiety pojawiły się w salonie.
-Pan Leto...-uśmiechnęła się delikatnie. Miała 45 lat i jak na swój wiek trzymała się naprawdę bardzo dobrze... zresztą co ja plotę. Jak na swój wiek, to ja czy Shannon wyglądamy dobrze. No ale... zawsze była uśmiechnięta, wyciszona, kompletne przeciwieństwo męża furiata.- Chciałabym przeprosić za mojego męża...-zaczęła nieśmiało.
-To ja powinienem przeprosić. Przepraszam za wszelkie wyrządzone szkody i pokryje wszelkie koszty.-wyciągnąłem z tylnej kieszeni książeczkę czekową.
-Ale nie ma potrzeby!-gwałtownie odmówiła.
-Jak to nie ma?-pomimo jej protestu zacząłem wypisywać czek.
-Panie Leto -powiedziała dobitnie - Przecież to tylko krzaki i odrosną. Nowych kupować nie zamierzam.
-Ale kontener...
-Kontener... to całe szczęście, że żyjecie...-przerwała mi i cicho zaśmiała - Naprawdę was za to podziwiam.- też się zaśmiałem.
-Kontener?-zdziwiła się Blair.
-Powiedzmy, że nasi sąsiedzi szukali nowego środka transportu -wyjaśniła jej matka.
-I bardzo za to przepraszają.
-Nie ma za co...-machnęła ręką.
-A Pani Stone... wracając do pani męża...-zacząłem niepewnie.
-Nie ma się pan czego obawiać, w domu ochłonął i na pewno tego nie wykorzysta.
-Dziękuje pani bardzo...
-Nie ma za co.
-Ależ jest. Dziękuje, bo wiele to dla mnie znaczy.
-Oj dobrze, dobrze.
-Jeszcze raz dziękuje i do widzenia.
-Blair odprowadź Pana Leto do drzwi.-nakazała jej matka, a ta z uśmiechem skierowała się moją stronę.- Do wiedzenia -pożegnała się.
-Uff...-odetchnąłem z ulgą będąc na korytarzu.- Nie było tak źle -uśmiechnąłem się do dziewczyny.
-Nie taki diabeł straszny jak go malują.-zaśmiała się i byliśmy już przy drzwiach.
-Przeproś jeszcze raz rodziców ode mnie, dobrze?
-Oczywiście, panie Leto.
-Jared.-zagroziłem jej palcem przed nosem.
-Jared...-kiwnęła głową. Położyłem już dłoń na klamce jednak odwróciłem się w stronę rudowłosej.
-Dasz się może zaprosić kiedyś na kawę, czy coś?-spytałem.
-Bardzo chętnie.
-W takim razie do zobaczenia.
-Do zobaczenia, miłego dnia.-machnąłem jej na pożegnanie i dopiero będąc na ścieżce zdałem sobie sprawę co zrobiłem. 'Oj Jared, jared... Bierzesz ślub, a to dodatkowo jeszcze dziecko' Chyba alkohol do końca nie wyparował z mojego organizmu i takie były tego skutki.
-Jestem! Wszystko załatwione!-krzyknąłem od progu.
-No to teraz zabieraj się za sprzątanie i chowanie gitary.-wszedłem do salonu, a Shannon jak leżał na kanapie tak leżał. Leń śmierdzący.
-Gdzie ona jest?-spytałem ze smutkiem, przypominając sobie o mojej kochanej gitarce.
-Leży tam.-wskazał głową na drzwi tarasowe. Podszedłem do nich pomału i wstrzymałem oddech widząc to maleństwo, a raczej jego szczątki.
-Moja mała gitarka...-wydukałem i przed nią uklęknąłem. Dwie struny były zerwane, gryf przełamany na pół... a pudło w jeszcze gorszym stanie... to był raczej naleśnik w kształcie gitary.
-Następnym razem za nim ruszysz po pijaku jakiś instrument pomyśl ze sto razy. A taka była świetna... - Tak... mój brat jak zwykle umiał mnie pocieszyć. Wystarczyło, że ja sam miałem ochotę zabić się za to co się z nią stało, to ten jeszcze musiał powiedzieć swoje.
-Ciesz się lepiej, że nie ruszyliśmy twoich bębnów.-zagryzł zęby i posłał mi wściekłe spojrzenie. Ha! Czuły punkt kochanieńki.
-Ciesz się lepiej, że zabrałem ci Pitka, bo bardzo chciałeś go wziąć do łóżka. Jeszcze jakoś wpakowałbyś swojego fiuta do niego myląc go z jakąś blondyną. - No dobra, on też mi dojebał.
-Zamknij się.
-Nawet nie myśl, że dostaniesz z Tomislav'em zaproszenie na moją imprezę. W życiu was na nią nie wpuszczę. Taka zajebista imprezka będzie musiała odbyć się bez was...
-Jaka imprezka?-w salonie pojawiła się Katharina, jak zwykle wyglądając olśniewająco. Krótkie spodenki z podwyższonym stanem pokazujące jej wspaniałe nogi i bluzkę z dość pokaźnym dekoltem. Podeszła do mnie i złożyła na moich ustach namiętny pocałunek. Mmm.... chcę tak dłużej.
-Parapetówa Shannona.-wyjaśniłem kiedy się ode mnie oderwała.
-Shannona?-spojrzała na mojego brata, który zmieniał kanały w telewizorze i udawał bardzo zainteresowanego tym co robi.
-Co tutaj w ogóle taki syf?-skrzywiła nos siadając mi na kolanach - A no tak... Shannon tutaj jest.-mruknęła i znowu mnie pocałowała.
-Nina, pomożesz mi zrobić kawę?-mój brat podniósł się z miejsca i poszedł z blondynką do kuchni.
-Przepraszam, że jestem dopiero teraz, ale miałam do późna w nocy sesję i jak zasnęłam, to nie mogłam się dobudzić.-zarzuciła mi ręce na szyję.
-Nic nie szkodzi, ja też dopiero niedawno wstałem.-pocałowałem ją w policzek.-Poczekaj sekundę, ale strasznie chce mi się pić.-zeszła mi z kolan, a ja poszedłem do kuchni, zatrzymałem się jednak przed wejściem.
-Ale w czym problem? W tym, żeby Katharina była na tej imprezie?-spytała się Nina.
-Uwierz mi, ale nie chcę mieć na głowie setki paparazzich kiedy wszyscy się spiją, ale kiedy ona będzie bez tego się nie obejdzie.-odpowiedział jej Shannon. Nie powiem, że miło było usłyszeć te słowa na temat narzeczonej i to jeszcze z ust brata. Zawróciłem ignorując pragnienie i usiadłem koło Katharine w znacznie gorszym humorze.
-Tak szybko?-położyła mi dłoń na udzie, a ja objąłem ją w pasie przysuwając do siebie.
-Yhm...-mruknąłem.
-Wiecie co...my się będziemy zmywać.- w salonie pojawiła się Nina - Miłej zabawy.-puściła nam oczko i wyszła, Shannon nawet nie przyszedł się pożegnać.
-Więc jakie plany na dziś?-zatonąłem twarzą w jej cudownie pachnących włosach.
-Zamierzam cię nieźle wykorzystać...-szepnęła.
-W jaki sposób?
-Oj zobaczysz... specjalnie coś dla ciebie kupiłam...-szepnęła seksownie, wędrując ręką w kierunku mojego krocza.
-A co to takiego?
-Zobaczysz w sypialni.-gwałtownie uderzyła mnie ręką w udo i ze śmiechem poleciała w górę schodów.
-Jak cię złapię to nie wypuszczę!-ruszyłem za nią biegiem. Złapałem ją dopiero w sypialni, na co zareagowała głośnym piskiem. Rzuciłem się na nią łapczywie całując. Stęskniłem się za jej dotykiem. Każde z nas ostatnio było zaganiane i mieliśmy mało czasu na rozmowy, a co dopiero na seks. Nasze języki cały czas się ze sobą stykały, a ja przeniosłem dłonie na jej cholernie, idealne w każdym calu pośladki. Kate zaczęła ściągać ze mnie koszulę, popychając w stronę łóżka. Popchnęła mnie na nie, siadając na mnie okrakiem i pozbywając koszulki. Przejechała językiem od mojej klatki piersiowej do rozporka od spodni, po czym zachichotała i ze mnie zeszła. Chciałem ją chwycić i do siebie przyciągnąć, ale ona miała zamiar mnie trochę pomęczyć. Stanęła na środku pokoju seksownie się uśmiechając i kręcąc biodrami. Zaczęła pozbywać się swojej odzieży i moim oczom ukazał się koronkowy komplet czarnej bielizny, która więcej odsłaniała niż zasłaniała. Taki widok narzeczonej wywołał u mnie dreszcz ciepła, który rozszedł się po całym ciele i marzyłem już tylko o zatonięciu w jej wnętrzu. Położyła się na mnie składając pocałunki na moim torsie schodząc w dół, rozpalając we mnie coraz to większe pożądanie. Wreszcie ściągnęła ze mnie spodnie i przeniosła usta na moje. Wepchnęła mi język do buzi, przygryzając wargi. Jedną ręką dotknęła mojego członka, który nie mógł już się doczekać jej ciepła. Jednym ruchem rozpiąłem jej stanik i wyrzuciłem gdzieś w bok. Lewą dłonią zacząłem pieścić jej pierś, a drugą jeździłem po jej udzie. Przygryzła płatek mojego ucha, a ja bardzo zniecierpliwiony przewróciłem ją tak, że teraz to ona leżała pode mną. Zacząłem składać pocałunki na jej szyi, a rękoma pozbyłem jej koronkowych stringów. Złapałem gotowego do działania penisa i wsadziłem w nią zdecydowanym ruchem, na co zacisnęła usta. Z początku poruszałem się w niej delikatnie, ale po chwili znacznie bardziej przyśpieszyłem wykonując zdecydowane ruchy. Katharina zaczęła jęczeć i wbijać paznokcie w moje ramię, jeszcze bardziej mnie tym podsycając. Wykonałem jeszcze kilka mocnych ruchów i oboje doszliśmy w tym samym czasie głośno oddychając.
-Cholera...-wysapała, a ja ciężko opadłem obok niej.
-Kocham cię...-szepnąłem i wbiłem w jej usta. Położyła głowę na moim ramieniu i wplotła palce w rękę, którą opierałem o jej biodro. Wreszcie czułem się potrzebny i kochany. Miałem kobietę, którą kochałem, i z którą planowałem spędzić resztę życia. Gdyby ktoś powiedział mi, że przez rok w moim życiu znajdzie się taka kobieta, i że zdecyduję się na takie kroki, jak nic bym go wyśmiał, a tu proszę... Już bliżej niż dalej do ślubu. Mam 40 lat i wreszcie zdecydowałem się na taki krok jak wesele. Katharina była piękna i mądra. Szanowała mnie, szanowała moją pracę, moje wybory, postanowiła być ze mną, choć wiedziała jakim skurwysynem potrafię być. Ale chcę z tym skończyć... jeśli chcę być szczęśliwy jak inni moi przyjaciele, znajomi muszę się zmienić. Muszę jej pokazać, muszę pokazać sobie, że potrafię być wierny jednej kobiecie, że potrafię ją kochać, rozpieszczać, szanować. Być dla niej oparciem, silnym ramieniem, którego każda kobieta potrzebuje. Pocałowałem ją w szyję i mocniej przysunąłem do siebie. Leżeliśmy tak przez jeszcze godzinę co chwilę się całując, przytulając, po prostu cieszyliśmy się tym, że mamy siebie.
-Nie wiem jak ty, ale zgłodniałam.-pocałowała mnie w czubek nosa i wyskoczyła z łóżka, zakładając na siebie bieliznę i moją koszulkę, która sięgała jej do połowy ud. Chłonąłem każdy jej ruch, próbując oswoić się z myślą, że tak za jakiś czas będzie wyglądał każdy mój poranek.
-Wstawaj leniu.-zdarła ze mnie kołdrę jednym ruchem i rzuciła w moją stronę spodniami wychodząc z sypialni. Zaśmiałem się pod nosem. Byłem szczęśliwy i tyle. Ubrałem spodnie i zleciałem do kuchni, w której Katharina zaczęła wyciągać wszystko z lodówki.
-Na co masz ochotę?-spytałem, podrzucając w ręku pomarańczę.
-Na co ty masz ochotę -stanęła na palcach i przelotnie jej wargi dotknęły moich.
-Mi wszystko jedno, siadaj zrobię coś -złapałem ją za biodra, chcąc żeby zrobiła mi miejsce do gotowania.
-Nie ma mowy. Dzisiaj ja gotuję dla ciebie, ostatnio nie miałam na to czasu, a ty leć zrobić porządek w salonie.-przejechała ręką po moim nagim torsie i odwróciła do szafki. Złapałem worki na śmieci i poszedłem do salonu, który teraz raczej przypominał chlew. Muszę zapamiętać, aby nigdy więcej nie upijać się z Milicevicem. Ilość butelek, które znalazły się w workach była... dość ciekawa i sam się sobie dziwię, że skończyło się tylko na tym na czym skończyło... Po takiej ilości wypitego alkoholu tylko we dwóch powinniśmy leżeć przez tydzień. Gdy wszystko znalazło się w śmieciach ze schowka pod schodami wyciągnąłem odkurzacz i pozbyłem się okruszek chipsów, popcornu, które były dosłownie wszędzie. 'Ciesz się, że Tomcio nie obrzygał pół domu, jak to ma w zwyczaju' pomyślałem i od razu humor mi się poprawił. Z kuchni roznosił się cudowny zapach ziół i co chwilę było słychać nucenie Katharine. Złapałem dwa pełne worki śmieci i wyszedłem na dwór, aby wyrzucić je do kontenera. W oddali zobaczyłem Blair i machnąłem jej przyjaźnie, po czym wróciłem do domu. Wszedłem do kuchni, gdzie wszystko już było gotowe.
-Mmm... makaron z brokułami...-mruknąłem zadowolony i przytuliłem od tyłu narzeczoną.
-Mam nadzieję, że wyszedł.-pogłaskała mnie po policzku i zajęła swoje miejsce.
-Smacznego.-powiedziałem i wzięliśmy się za jedzenie.
-Aaa teraz wiesz na co mam ochotę?-spytałem się jej, gdy skończyliśmy zmywać naczynia.
-Na co?-wtuliła we mnie swoją głowę.
-Na spacer... plaża, co ty na to?
-Jak najbardziej jestem za!-uśmiechnęła się promiennie i pociągnęła na górę. Ubraliśmy się dość w powolnym tempie, przerywanym pocałunkami, gonitwami po całej sypialni. Złapałem jeszcze mój ulubiony kapelusz, okulary i zapakowaliśmy się do bmw. Po 40 minutach spacerowaliśmy już po jeden ze spokojniejszych plaż, kawałek za miastem. Chciałem uniknąć paparazzich i głupich pytań. Wystarczy, że już i tak na jaw wyszło, że ze sobą jesteśmy i spotykamy od prawie roku. To był jeden z najtrudniejszych miesięcy... ciągłe pytania, śledzenia, zdruzgotane fanki. To jest nie do pomyślenia jak niektórzy mogą interesować się czyimś prywatnym życiem. Gdyby mogli, to siedzieli by ci pod łóżkiem w sypialni cały czas.
-Może twoja mama pomoże mi z wybraniem zastawy na stół?-spytała w pewnym momencie Katharina.
-Spytam się jej, czy będzie miała czas.-odpowiedziałem, choć bardzo dobrze wiedziałem jaka będzie odpowiedzieć mojej rodzicielki. Nienawidziła Katharine i nie sądzę, żeby to prędko miało się zmienić.
-Wiesz... rozumiem, że jest ona najważniejszą kobietą w twoim życiu i chciałabym pokazać jej, że naprawdę mi na tobie zależy, na tobie i twojej rodzinie, a za jakiś czas i mojej.
-Dziękuje, doceniam to, że się tak starasz i na pewno z nią o tym porozmawiam -przytuliłem ją mocniej do siebie ciesząc się z usłyszanych przed chwilą słów - Teraz mam już dwie najważniejsze kobiety w moim życiu -pocałowałem ją w policzek.
-A ja najważniejszego mężczyznę.-na chwilę złączyliśmy się w czułym pocałunku i przysiedliśmy na jednej ze skał. Oplotłem Katharine ramionami i wpatrywaliśmy się w ocean.
-Jak to wszystko będzie wyglądać?-odezwała się po chwili.
-Co jak będzie wyglądać?-nie za bardzo wiedziałem o co może jej chodzić. Przechyliłem głowę bardziej w jej stronę, a ona wzniosła oczy ku górze i przymknęła powieki.
-My, nasze życie, to wszystko.
-A jakbyś chciała, żeby wyglądało?
-Nie myślałam o tym... po prostu cię kocham i wiem, że chcę z tobą być.
-Więc jeśli się kochamy, to jakoś to wszystko będzie, tak? Przeprowadzisz się do mnie za jakiś czas i już zawsze będziemy ze sobą.
-Jared...-głos jej zadrżał - Chcesz mnie?
-Co ty za głupoty wygadujesz? Oczywiście, że cię chcę. Kocham cię i chcęcCię w swoim życiu bardziej niż kogokolwiek innego. Jesteś dla mnie cholernie ważna i zabraniam ci nawet myśleć inaczej.
-Nie zasługuje na ciebie...
-Przestań pieprzyć głupoty. Ty na mnie nie zasługujesz? Doprawdy? Czy to może ja nie zasługuje na ciebie? Kto tu jest po 40 i do pewnego czasu pieprzyło wszystko co tylko się ruszało? Kto krzywdzi każdą bliską sobie osobę? Kto jest cholernym idiotom, który nie może połapać się we własnym życiu, ale spotkał idealną kobietę, której nie ma gwarancji, że nigdy nie skrzywdzi?
-Jared -objęła moją twarz w dłonie i odwróciła się do mnie przodem - Ufam ci, rozumiesz? Ufam ci. Ale nie chcę cię do niczego zmuszać.
-A kto ci się oświadczył? Naprawdę myślisz, że mnie do czegoś zmuszasz?
-Nie wiem... nie wiem...-spuściła wzrok i przygryzła wargę.
-Do niczego mnie nie zmuszasz, jasne? Chcę tego mam nadzieję, że tak samo jak ty.-teraz to ja chwyciłem jej twarz w dłonie - Kocham cię i będę kochał.
-Przepraszam, że mam tak mało czasu dla ciebie... obiecuje, że po ślubie się to zmieni.
-Rozumiem to. Też mam momenty w pracy, że nawet nie mam czasu na sen, więc nie masz się czym martwić. Chodź tutaj -przytuliłem ją do siebie z całej siły.
-Jared...-szepnęła - Ale jeśli się coś zmieni, powiesz mi, dobrze?-ciężko westchnąłem.
-Tak.... powiem ci.
-Dziękuje.-pocałowała mnie w szyję na co się zaśmiałem.
-A teraz zabieram cię na lody...-złapałem ją za rękę i zeskoczyłem ze skały, na której siedzieliśmy. Objąłem Kat w tali i skierowaliśmy w stronę brzegu morza. Przechadzaliśmy się wybrzeżem plaży śmiejąc i omawiając wesele, kiedy nagle koło nas pojawiły się dwie dziewczyny i jeden chłopak. Na oko mieli około 16-17 lat.
-Przepraszam bardzo...-odezwała się nieśmiało niższa dziewczyna o egzotycznej urodzie.- Czy moglibyśmy prosić o zdjęcie?- Cholera... specjalnie wyjechałem za miasto chcąc uniknąć takich sytuacji - Jeśli to jakiś problem, to to rozumiemy -dodała szybko.
-Jaki problem?-Kat zaśmiała się wesoło, odrywając się ode mnie.- Ustawiajcie się do zdjęcia.-przejęła od chłopaka aparat, a oni nieśmiało podeszli do mnie. Byłem nieco zszokowany zachowaniem Katharine i nie mogłem z siebie nic wykrztusić.
-Jared, stoisz jak jakiś kołek.-powiedziała cały czas promiennie się uśmiechając.
-Eee... przepraszam. Kiedy mam kapelusz na głowie wolniej myślę.-zreflektowałem się i objąłem dwie dziewczyny w pasie. Zaśmiali się na to co powiedziałem.
-A teraz wszyscy mówią seeexx.-rozkazałem i flesz błysnął.
-Dziękujemy bardzo.-druga z dziewczyn szczerze się uśmiechała i lekko dygotała.
-Ejjj! A co to ma być?-spytałem, gdy ode mnie odeszli. Zrobili zdziwione miny i spojrzeli po sobie.
-Teraz przygotujcie się na to, że będzie kazał wam zapłacić.-Katharina puściła do nich oczko.
-Oczywiście! W takie coś się nie bawię.-wyciągnąłem z kieszeni swoje kochane dziecko i podałem narzeczonej.- A ja to już was nie mogę prosić o zdjęcie?
-Nie no... jeśli aż tak bardzo nalegasz...-powiedział chłopak i dumnie wypiął pierś do przodu. Kat zrobiła kolejne zdjęcie i wziąłem od niej telefon.
-A teraz poproszę imiona.-kiwnąłem głową w ich stronę.
-Maria, Kate i Johny.-przedstawiła niższa z dziewczyn, jak teraz się dowiedziałem Maria.
-Ja się chyba nie muszę przedstawiać...-zmarszczyłem teatralnie brwi.
-Spodobał nam się twój kapelusz i wiesz... dlatego zdecydowaliśmy się na zdjęcie...-Kate przybrała podobną minę do mojej.
-Co wszyscy mają do mojego kapelusza?!
-A'la vegabond.-powiedziała Katharina ściągając mi go z głowy i zakładając na swoją.
-Jeszcze raz dziękujemy za zdjęcia i już nie przeszkadzamy.-powiedział Johny ciągnąc dziewczyny za sobą.
-Pozdrów Tomo i Shannona!-Maria pomachała na pożegnanie.
-Sprawdzajcie mojego bloga!-krzyknąłem za nimi.
-Takiemu to dobrze...-zaśmiałem się zabierając kapelusz Kat i patrząc za odchodzącymi fanami.
-Bardzo mili.-przytuliła mnie i pociągnęła w stronę wyjścia z plaży - Obiecałeś mi lody, pamiętasz?-jeszcze w lepszym humorze niż wcześniej zacząłem biec w stronę jednej z kawiarenek, gdzie spokojnie udało nam się zjeść. Trzy godziny później wróciliśmy zmęczeni do domu. Położyliśmy się na kanapie w salonie i wpatrywaliśmy w sufit.
-Film?-spytałem po chwili.
-Ale ja wybieram.-pokazała mi język i wstała - Jak ty wybierzesz, to później przez trzy dni będę rozmyślać o co mogło chodzić.-podbiegła do szafki z filmami, a ja udałem do kuchni. Wyciągnąłem z jednej z szuflad popcorn i wstawiłem do mikrofali. Wsłuchiwałem się w strzelającą kukurydzę w międzyczasie nalewając nam soku ze świeżych owoców. Teraz kiedy byłem w domu nie musiałem pić jakiś sztucznych świństw nie wiadomo z czego. Kiedy strzelanie ustało z dolnej półki wyciągnąłem miskę i całą zawartość torebki przesypałem do niej. Powróciłem do salonu i rozsiadłem się na kanapie, po chwili na moje kolana wskoczyła Kat z pilotem w ręce. Jedną ręką przytuliłem ją do siebie, a drugą pochłaniałem popcorn, który był jedną z rzeczy bez których nie mógłbym żyć. Miałem do tego cholerstwa taką słabość, że mógłbym go jeść 24 godziny na dobę. Filmem okazała się być jakaś przewidywalna komedia romantyczna. Wyłączyłem się już w połowie, a moją uwagę przykuły włosy Kat, którymi zacząłem się bawić. Co chwilę uśmiechałem się pod nosem słysząc jej nagłe wybuchy śmiechu. Kiedy nawet i to mi się znudziło złapałem telefon i na swojego bloga dodałem zdjęcie spotkanej dzisiaj trójki. Od razu dostałem tysiące komentarzy, które zacząłem przeglądać co chwilę uśmiechając się pod nosem.
-Świetny film.-w pewnym momencie odwróciła się do mnie narzeczona, a ja wyrwany z rozmyślania z uśmiechem pokiwałem głową.- Aaaa teraz...-przejechała swoją dłonią po moim brzuchu - Idziemy wziąć dłuuugąą kąpiel...-uśmiechnąłem się łobuzersko. Wziąłem Kat na ręce i zaniosłem do góry. Odkładając swój telefon na szafce nocnej poszedłem do łazienki napuścić wody. Po chwili koło mnie pojawiła się Katharina. Przygryzłem wargi i bez słowa przyciągnąłem do siebie. Złapałem ją za pośladki podsadzając do góry, a ona zarzuciła ręce na moją szyję. Nasze języki złączyły się w namiętnym tańcu przerywanym co chwilę, aby zaczerpnąć choć trochę powietrza. Wsadziłem ręce pod jej bluzkę, jeżdżąc wzdłuż jej tali, jednym ruchem odpiąłem jej stanik i zacząłem pozbywać reszty odzieży. Kiedy byliśmy już całkiem nadzy weszliśmy do wielkiej wanny napełnionej gorącą wodą. Posadziłem Kat między swoimi nogami, całowałem jej ramiona, a rękoma bawiłem piersiami, które swoją drogą miała niesamowite. Zjechałem ręką niżej, w okolice jej ud, od razu rozchyliła je bardziej. Zacząłem pieścić jej łechtaczkę, a ona oparła się głową o moją klatkę i zaczęła ciężej oddychać. Palce drugiej ręki wsadziłem jej do pochwy i wykonywałem równomierne ruchy. Po chwili wygięła się do tyłu i głośniej jęknęła i poczułem ślizgi płyn na jednej ze swoich rąk. Przeniosłem ręce na jej biodra i przysunąłem ją bliżej do siebie. Kiedy wyszliśmy z wanny, Kat popchnęła mnie na jedną ze ścian i z brudnym uśmieszkiem przede mną uklęknęła. W obie dłonie złapała mojego członka i zaczęła się nim bawić, kiedy był już twardy wzięła go do buzi i doprowadzała mnie do szaleństwa. Zacisnąłem dłonie w pięści i po chwili wypuściłem nasienie wprost na twarz narzeczonej. Wytarła się i namiętnie pocałowała. Wypchnąłem ją z łazienki i popchnąłem na łóżko.
-Teraz cię na pewno szybko nie wypuszczę...-mruknąłem zachrypniętym głosem i wylądowałem na łóżku koło Katharine.


Shannon

-Gdzie ty jesteś?-spytałem przez telefon blondynkę.
-Już się tak nie denerwuj, zaraz będę -rozłączyła się. Ciężko westchnąłem i schowałem telefon do kieszeni. Wyświetlacz na radiu wskazywał 15.30, a miałem po nią podjechać o 15. Jak ten idiota siedziałem w samochodzie od pół godziny i obserwowałem przechodzących ludzi ulicą. Kolejny raz spojrzałem na zegar-15.32. 'Shannon, opanuj ADHD' upomniałem się w myślach. Chwila nic nie robienia, a moje ręce i nogi całe się trzęsą... tak to już jest jak się jest perkusistą. Usłyszałem stukanie obcasów i na siedzeniu pasażera pojawiła się Nina.
-Heej...-powiedziała zdyszana i pocałowała mnie w policzek - Umieram z głodu!
-Co tak długo?
-Przepraszam, ale szef mnie zatrzymał. Kutas jebany, tak mnie wkurwia!-zacisnęła dłonie w pięści i wzniosła oczy ku górze.
-No już spokojnie... Zaraz napełnisz żołądek i będzie dobrze, a to podobno głodni faceci są nerwowi.
-Nawet mnie nie denerwuj...
-A widzisz.-uśmiechnąłem się triumfalnie pod nosem i wyjechałem z parkingu. Po kilku minutach szliśmy już Rodeo Blvd.
-Aż tutaj musiałeś mnie wyciągnąć?-spytała zakładając okulary na nos.
-Muszę sobie kupić kilka rzeczy.
-Kilka rzeczy?-zmarszczyła brwi i objechała mnie wzrokiem z góry na dół.
-Perfumy, no e... i coś może jeszcze.-odsunąłem jej krzesło, bo doszliśmy już do restauracji. Złożyliśmy zamówienia, a Nina cały czas nerwowo podrygiwała i szperała coś w swoim telefonie. Zaczęło doprowadzać mnie to do szału, bo znając mnie za chwilę zacząłbym robić to samo.
-Co ty tam grzebiesz?
-Przepraszam, ale muszę wysłać e-maila do redakcji, bo nie mogą czegoś znaleźć. Przepraszam, zaraz skończę.-wyciągnąłem w takim razie swojego iPhona i zrobiłem zdjęcie blondynce, na dźwięk aparatu podniosła na mnie wzrok i posłała złowieszcze spojrzenie, nie przerywając pisania. Zrobiłem jeszcze kilka zdjęć ulic i jedno Niny wstawiłem na twittera podpisując 'Lunch w miłym towarzystwie' gdyby dowiedziała się o tym, na pewno by już tu ze mną nie siedziała. No chyba, że miałaby dobry humor..
-Już.-odłożyła telefon na bok z uśmiechem i przeczesała dłonią blond grzywkę.- Ale jestem głodnaa!-uderzyła rękoma w kolana.
-Widzę...
-Shannon, ty naprawdę chcesz dzisiaj coś stracić.
-Cnotę.
-5 razy normalnie...
-Pomożesz?
-Już biegnę.
-Samochód, czy wystarczy nam łazienka w restauracji?-posłałem jej brudny uśmieszek.
-Najpierw to ja muszę zjeść!-kelner postawił przed nami talerze z jedzeniem, a ona od razu zabrała się za jego pochłanianie.
-A jak tam Tomo?
-No nie najlepiej... Vicki jest na niego śmiertelnie obrażona i śpi na kanapie.- Kiedy rozmawiałem z przyjacielem był cholernie przybity i szeptał, żeby czasem Vicki nie dowiedziała się, że z kimś rozmawia. Może nie powinienem, ale myśląc o tej całej sytuacji zwijałem się ze śmiechu.
-Nie dziwię jej się... Tak samo zrobiłabym na jej miejscu.
-Przesadzacie.
-Przesadzacie? Dać wam swobody i jak to się kończy? Bez opamiętania byście codziennie chlali.
-Czy teraz chlam?
-A później nie zamierzasz?
-Nie zamierzam, chyba, że masz jakieś plany.
-A może powiesz mi co z imprezą? Wysłałeś zaproszenia? Bo ja muszę dać znać cateringowi ile będzie osób.
-Nie zapraszałem dużo osób. Tylko najbliższych... coś około 40 osób.
-40 osób? Tylko najbliżsi... wow...-zdziwiła się.
-Wiesz... na całym świecie przez te lata miałem z wieloma osobami do czynienia.
-To może faktycznie zrobimy jakąś lepszą imprezkę? Czerwony dywan, telewizja...
-Nie dziękuje.-skrzywiłem się - Po co mi ta cała farsa?
-No nie wiem... Niektórzy by chcieli.
-Katharina...-skrzywiłem się.
-Nie lubisz jej?
-Nie chodzi o to, że jej nie lubię. Po prostu nie wydaje mi się ona odpowiednią kobietą dla Jareda.
-Odpowiednią?
-No sama powiedz. Ciągłe pokazy, bankiety, sranie w banie, a nie chciałbym żeby związał się z taką kobietą na stałe. No wiesz... raz, nic nie znaczący związek, to czemu nie? Ale ślub? Planowanie przyszłości? Dzieci, na wieczność? Jared może nie jest ideałem, ma wiele wad, ale nie sądzę, żeby Katharina na niego zasługiwała.
-Mówiłeś mu o tym?
-Po co? Nie wiem... Może się mylę? Chciałbym się mylić.... wydaje się być szczęśliwy, a ja nie chcę tego pieprzyć.
-Szlachetne.
-To mój brat. Mogę znieść te widzimisię Katharine, robić dobrą minę do złej gry, choć mimo wszystko nie wiem ile zniosę jeszcze jej komentarzy, no ale wmawiam sobie cały czas, że robię do dla tego małego gnoja. Chociaż prędzej czy później i tak się zorientuje, że nie wiadomo jak wielką sympatią to bratowej nie obdarzam.
-Przepraszam za spóźnienie!-poczułem ręce na ramionach i po chwili miękkie usta na swoim policzku. Kobieta, która przez całe życie dawała mi poczucie bezpieczeństwa, i której głos oraz dotyk rozpoznałbym wszędzie promiennie się uśmiechała i wyglądała olśniewająco... jak zwykle zresztą.
-Hej mamuś.-cmoknąłem ją w policzek, a ona podeszła przywitać się z Niną.
-Hej kochanie...-przytuliły się przyjaźnie, a mama odłożyła torebkę na krzesło.
-Co Ci zamówić do jedzenia?
-Nie jestem głodna. Jadłam przed chwilą, zamówię sobie tylko kawę!-ta kobieta to istny wulkan energii. Popędziła biegiem w głąb restauracji, rozsiewając naokoło mnóstwo pozytywnej mocy. Spojrzałem na blondynkę, która wydawała się być trochę zdziwiona.
-Mogłeś mi powiedzieć o lunchu z twoją mamą.
-Nie powiedziałem?-zdziwiłem się. Dałbym sobie rękę uciąć, że wczoraj jej o tym wspomniałem.
-No nie.- No i grałbym na perkusji bez jednej ręki... Poczułem się jak idiota... jak teraz Nina musi się czuć? Wrobiłem ją w lunch z moją mamą...- Przepraszam, jeśli do dla ciebie problem...-wydukałem.
-Oszalałeś?!-promiennie się roześmiała -uwielbiam Constance i już dawno miałam umówić się z nią na kawę. Po prostu trochę zdziwiło mnie jej nagłe przybycie...
-Na pewno?-zmarszczyłem brwi starając się wyczytać emocje z jej twarzy.
-Na pewno, już się tak nie marszcz, bo ci na stałe zostanie.
-Co mi się marszczy?-wystawiłem swoje białe ząbki na wierzch, a blondynka schowała twarz w dłonie.
-Shannon, błagam cię...-jęknęła.
-Co on znowu robi?-mama usiadła na krześle pomiędzy mną, a Niną - Daje jakieś obleśne komentarze?
-Których już nie można słuchać...
-No ale nie możesz powiedzieć? Przecież widziałaś.-posłała mi wściekłe spojrzenie, a ja ugryzłem się w język. No tak... nikt o niczym przecież nie wie. No... z wyjątkiem Tomo i zapewne Vicki.
-Shannon, ty się już lepiej naprawdę w ogóle nie odzywaj.-mama machnęła ręką odwracając w stronę Niny.
-Poczekam, aż sama się mnie o coś nie zapytasz... Długo nie wytrzymasz.
-A ty długo nie będziesz cicho.
-Będę.
-Doprawdy?
-No widzisz!-klasnąłem ucieszony w dłonie jak małe dziecko.
-Ja się naprawdę zastanawiam ile ty masz lat, czy 42, czy może 10.
-Na 42 na pewno nie wyglądam.-wypiąłem dumnie pierś do przodu.
-Masz rację... wyglądasz na kilka lat więcej.-Nina cały czas patrzyła na mnie z zażenowaniem.
-Wypraszam sobie!
-Shannonku, kiedy to Nina ma całkowitą rację. Przykro mi to mówić, ale wiesz, że zawsze byłam z wami szczera.
-Dobra... nie znacie się i tyle.
-Uwierz mi, że się znamy.-mama przygryzła usta potakując głową.
-Znają się miliony innych kobiet na całym świecie, które twierdzą, że jestem zabójczy.
-Musiałeś się im z kimś pomylić, albo były tak zauroczone tym, że spotkały Jareda i do końca nie wiedziały co się z nimi dzieje.-Nina upiła łyk soku, mrużąc w moją stronę oczy.
-Ty się w ogóle nie odzywaj, bo w kilku sytuacjach twierdziłaś znacznie inaczej.-nachyliłem się w stronę stolika, a ona zrobiła to samo. Nasze twarze praktycznie się stykały i mierzyliśmy się spojrzeniami.
-Nie dość, że ma zwidy, to jeszcze głuchy.-szepnęła dokładnie wymawiając każde słowo. W tym czasie byłe zahipnotyzowany jej ustami... poczułem zapach jej czekoladowego błyszczyka i miałem ochotę w nich zatonąć. Czułem jej miękkie wargi na swoich, a po chwili jej język pieścił moją szyję. Ocknąłem się kiedy ze śmiechem usiadła normalnie. Zapomniałem o obecności mojej mamy, która teraz udawała, że obserwuje przechodzących ludzi. Odgoniłem ze swojej głowy myśli, które zaczęły uporczywie do niej przychodzić, jednak nie mogłem się powstrzymać, żeby na krótką chwilę zatrzymać wzroku na piersiach Niny.
-Ja na chwilę przepraszam.-uśmiechnęła się i poszła w głąb lokalu.
-Jak się mamo czujesz?-spytałem rodzicielki, która patrzyła na mnie tym swoim spojrzeniem, którego nienawidziłem... przeszywała mnie na wskroś, a ja czułem się jak nastolatek, który coś przeskrobał i musi się tłumaczyć.
-Bardzo dobrze, a co u ciebie?
-A jak ma być? Wszystko okey.
-A co tam z Niną?-no tak... jak się mogłem spodziewać zadała to pytanie, ale sam jestem sobie winien, bo zamiast przemyśleć co palnę, to mówię co mi ślina na język przyniesie.
-Tak jak zawsze.
-Jak zawsze? Shannon, mnie nie oszukasz.
-Kiedy ja nie zamierzam cię oszukiwać.
-Długo ją kochasz?
-COO?!-prawie, że krzyknąłem - Jasne, że nie. -spojrzała na mnie spod byka - Mamo... powtórzę jeden jedyny raz. Nie kocham jej, ona nie kocha mnie. Nic między nami nie ma prócz przyjaźni i seksu.
-A długo trzeba czekać, żeby było? Nina jest wspaniałą dziewczyną- miła, piękna, mądra, ma poczucie humoru, ceni siebie i ma jakieś wartości, nie co większość dziewczyn, a raczej kobiet w dzisiejszych czasach. Ma coś w głowie.-słuchałem mamy zastanawiając się nad jej słowami. Niewątpliwie miała rację co do Niny, była taka jaką właśnie ją opisała. Jakby nie patrzeć ideał, a nie mogłem zaprzeczyć, że cholernie mnie pociągała. Jej ciało, jej usta... nawet teraz kiedy o tym pomyślałem poczułem przyjemne dreszcze. Uwielbiałem spędzać z nią czas- śmiać się, rozmawiać, przekabacać i kochać. Ale nie kochałem jej. Nie byłem w niej zakochany. Czułem do niej pociąg fizyczny, ale bardziej patrzyłem jak na przyjaciółkę, którą zresztą była.
-Ale nie szukam nikogo... cenię jej przyjaźń.
-Więc całe życie zamierzasz pieprzyć swoją przyjaciółkę? Kiedy założy własną rodzinę i ty swoją z jakiś pustakiem?
-Na razie żadne z nas nie zamierza.
-A kiedy będzie chciało? Nagle powiecie -dobra, koniec pieprzenia. Było miło, ale się skończyło.
-Kiedy będzie tak trzeba, to tak. Jesteśmy ludźmi, pociąga nas nasza fizyczność. Kiedy kogoś pokochamy tak naprawdę, to to minie i będziemy przyjaciółmi.
-A jeżeli ona kogoś pozna, pokocha, a ty nadal będziesz czuł do niej ten swój fizyczny popęd pozwolisz jej odejść?
-Pozwolę. To tylko seks. Nie chciałbym, żeby to dziwnie zabrzmiało... ale w ten sposób zaspokajamy swoje... potrzeby, tak? Więc znajdę kogoś... nie bierz mnie za świnie, mamo, ale wiesz o co mi chodzi.
-Wiem, wiem... ale dajmy na to... tym kimś będzie ktoś ważny dla ciebie... hm... Jared! Co wtedy?
-Jared?-zaśmiałem się - Żartujesz sobie przecież. On ma Kat i w ogóle.
-Dobra, pomińmy to, że ma tą całą Katharine. To będzie Jared i co wtedy?
-Jeżeli on będzie ją naprawdę kochał i ona jego to nie będę miał nic przeciwko.-odpowiedziałem szczerze po chwili zastanowienia.
-Teraz tak ci łatwo mówić.
-Mówię jak jest. Jeżeli jakieś uczucie będzie... będzie chciało przyjść, to nie zamieniam bronić się rękoma i nogami, ale teraz jest tak jak powiedziałem.
-Shannon, nie skrzywdźcie siebie, nie skrzywdź jej, nie skrzywdź siebie. Takie układy potrafią wszystko popsuć. A widać, że się lubicie. A wiesz...-położyła mi dłoń na ramieniu - Jak coś zawsze możesz do mnie przyjść.
-Wiem i jak coś na pewno skorzystam, chociaż wolałbym nie.-przytuliłem ją do siebie.
-Mój malutki syneczek...-pocałowała mnie w policzek.
-Nie wyglądam na 42 lata?-szepnąłem jej na ucho chcąc rozluźnić atmosferę.
-Oczywiście, że nie.-uśmiechnęła się tak jak lubiłem najbardziej.
-Już jestem.-Nina zajęła swoje miejsce i panie od razu zajęły się rozmową. Tak się rozgadały, że nie mogłem choć na chwilę się wtrącić, a jak mi się udało, to posyłały mi tylko spojrzenie w stylu 'co Ty tam możesz wiedzieć' i z powrotem wracały do paplania. Okazało się, że mają bardzo podobny gust, jeśli chodzi o filmy i umówiły się nawet na seans do kina. A kiedy zgadały się na temat 'Śniadania u Tiffany'ego', które swoją drogą z powodu rodzicielki oglądałem kilka razy, wyciągnęły mnie do jego sklepu i spędziły w nim bitą godzinę... nakręcając jedna drugą na temat biżuterii. Skończyło się na tym, że musiały sobie coś kupić, a ja chcąc wyjść na dżentelmena zafundowałem to im... Muszę pamiętać, aby nigdy więcej nie wchodzić z kobietą do takiego sklepu chyba, że chcę zbankrutować.


Witam... Matko, sama nie wiem od czego mam zacząć. Chyba najpierw od przeproszenia Was za tak długą nieobecność. Czym ona była spowodowana? Początkowo brakiem czasu, później lenistwem, a następnie cholernym wkurwieniem, że ostatnia część opowiadania nie chce mi się otworzyć i straciłam mnóstwo materiału. Chyba nie ma co się bardziej na ten temat rozwodzić... Zdaję sobie sprawę, że straciłam tym sposobem czytelników, ale sama jestem sobie winna. Także jeszcze raz bardzo, bardzo przepraszam.

wtorek, 12 czerwca 2012

Rozdział 19 - We are the champions



-Dalej, dalej Jared!!!-Chorwat głośno krzyczał pomiędzy śpiewaniem do piosenki 'Moves like Jagger', kiedy to ja tańczyłem po całym salonie.- Teraz tyłeczkiem! - zawył a ja wykonałem jego polecenie, następnie wskoczyłem na fotel, lecz źle wymierzyłem odległość i nogami skoczyłem na jego oparcie lądując razem z nim na ziemi i dusząc ze śmiechu. Usłyszałem jak Chorwat wydaje dziwne dźwięki imitujące dźwięk karetki i ląduje przy mojej głowie.
-Ży-yjesz przyjacielu-u?!-potrząsnął mną z przerażeniem.
-Nie kurwa! Udaję fokę!
-Oooo kurwa...-powiedział Chorwat i wziął coś w ręce. Podniosłem z zaciekawieniem głowę.
-Chyba rozjebałeś sobie fotel...-w ręce trzymał jedną z nóżek od fotela. Zrobiłem poker face, ale jednak wybuchnąłem śmiechem uderzając głową w Tomo.
-Będę musiał zadzwonić po spawacza...-dodałem po chwili próbując się podnieść do pozycji pionowej.- Masz do jakiegoś telefon?-spojrzałem na Tomo z nadzieję, próbując chwycić się jego szyi.
-Powienienem jakiegoś mieć...-jakoś zdołaliśmy się podnieść i dojść po kolejną butelkę Jacka.
-Weiesz co?-Gitarzysta złapał mnie za ramię podając butelkę.
-Hmmm?-spojrzałem mu w oczy próbując pohamować wirowanie pokoju.
-Jack... ten zeacny Jack, któórego teraz pijemy... jest jednym z lepszych przyjacielów człwieka, Jared...-kiwałem głową słuchając go uważnie- a Ty... Ty do dopiero jesteś przyjacilem.
-Tomooo!-przytuliłem go do siebie wzruszony tym co powiedział- Tyy to dopie-ero jesteś przyjacielem! Jesteś moim bratem!-usłyszałem pociąganie nosem i odchyliłem głowę do tyłu. Po policzkach Gitarzysty spływały łzy.
-Tomo!- krzyknąłem i znów do siebie przytuliłem sam płacząc- Tak cholernie cię kocham!
-Ja ciebi też! Cieszęę się, że-e mogę być w waszj rodzinie-ee.
-Shannon! Chodź do ns bracie!-krzyknąłem jednak nikt do nas nie dołączył-Shannon?-powtórzyłem pytanie lekko odchylając się do tyłu -gdzie on do cholery-yy jest?-Chorwat przestał płakać i zaczął nasłuchiwać.
-Gdze on est?
-Shhh!-położył mi palec na usta- Kuchnia!-krzyknął i chwiejnym krokiem poleciał w jej stronę, a ja za nim. Nie trafił jednak w drzwi i się wywalił.
-Jaa-red... zawsze ci mówiłem, żebś zrezygnował z rozsuwanych drzwi...-wybełkotał.
-Przecież jaa ne mam takych drzwii...
-Kłamiesz... jak zwykle...-podniósł się z moją pomocą i weszliśmy w głąb kuchni.
-Shannon!-Tomo otworzył lodówkę.
-Chyba ne sądi-sz, że w niej by się zmeścił...-prychnąłem i próbując złapać równowagę złapałem się górnej szafki, która cała runęła na podłogę, rozbijając znajdujące się w niej szkło w mak.
-A gdyby w niej był Shannon i byś go zabił?-Tomo spojrzał się na mnie z wyrzutem.
-Nie czas na wyrzutyy! Trzeba znaleźć mojego braciszka! Shannoooon!-krzyknąłem z nadzieję w głosie, że zaraz gdzieś się pojawi.
-Shannon!-krzyknął Tomo, wymijając szafkę i kierując się w stronę schodów.
-Shannon! Shannimalkuu! Gdzie jest mój Shannon?! Tomo, znajdź Shannona! Muszę się nym zająć!-złapałem Gitarzystę za koszulkę i potrząsnąłem.
-Jaredkuu... znajdze się... musy być gdzieś tuu...-pogłaskał mnie po głowie.
-On zawsze się mną opiekuje... a ja go zgubiłem...-wychlipałem. Rzuciłem się do przodu w stronę drzwi frontowych i wybiegłem na dwór wprost na deszcz.
-Shannonnn!-krzyknąłem chcąc przekrzyczeć ulewę, machając rękoma w każdą stronę-Shannimalkuuu! Mój drogi braciee...-stanąłem na środku ulicy.
-Jaaaarreeed!-Tomo wybiegł za mną- chodźmyy! On mmusi być w środka...-złapał mnie za ramię.
-Oddajcie miii brataaa!-krzyknąłem próbując mu się wyrwać.
-Śpi... Śpi u siebie w pokoju...-powiedział spokojnie i jeszcze raz mnie chwycił za ramię. Tym razem jednak dałem się przekonać i na powrót wróciliśmy do domu.
-Shaannnonn!-na czworaka wdrapaliśmy się na schody, zaglądając do każdego z pokoi.
-Tooomooo.... mama mnie zabije... zgubiłeem go... zguubiłem swojego brata... gdybym był na miejscu moej mamy zamknął bym takie dziecko jak ja w lochach... Ja swoje zamknę. Jeśli będzie tak pyło jak jaa..
-Jaredd... jeśli chcesz, to zamknę cię w lochach...
-Naprawdę masz lochy?
-Mam... mam lochyy... mam kajdankii...
-Lubięę kajdankii... kajdanki fajna rzecz... A wiesz, że ja swoje dziecko zamknąłbym w lochach?
-Nie pomogę cii... nie mam lochów...
-Wierzę cii... byłem odpowiedzialnyy... zajmę się Shannonem... zajmę się nim sam. Weszliśmy do rekordów Guinnessa, węc jestem odpowiedzialny.
-A ja mam brodę...
-Tomo... co my robimy w pokoju Shannona?
-Szukamy go.
-Nie ma go z nami?
-Nie maa...
-A gdzie jest?
-Nie wiemm...
-Shaaaannnoooonnnnnnnnnnnnnnn!!!-jeden trzymając drugiego zeszliśmy ze schodów.
-Wiem co nam pomoże go znaleźć!-Tomo wszedł do studia zabierając z niego dwie akustyczne gitary.
-Muzyyyyka go zwabii!-podał mi jedną z nich i nieudolnie zaczął grać The Kill.
-Cooooomeeeeeeeee breeeaaaakkk meee doooownn!!!-zawył stając na łóżku i bujając się w jedną i drugą stronę.
-Loooookkk in myyyy eyeeeesss Shanninkuuuuu właśnieee dziiiiśśś...
-On jest na tarasieee!-krzyknął nagle Tomo-siedziii... na leżaku... mówił, że idze się opalać! Chce mu się na pewno pićć!-od razu rzuciłem akustyka w kąt i zabrałem z szafki dwie butelki wina. Podpierając się Tomo, który cały czas grał ruszyliśmy w stronę drzwi na tył podwórka obijając się o ściany.
-Shaaannnoon!-wyszliśmy znowu na ulewę. Tomo zaczął grać ABL.
-Aż gdzież jest nasz ShanoooooOOOoooooonn....nasz shanoon znikąąoooołłł....i nie ma go nie ma go tu.... z nami.....-zacząłem śpiewać. Nigdzie jednak nie znalazłem brata. Usiadłem z Chorwatem zmarnowany na środku podwórka i zaczęliśmy opróżniać butelkę wina.
-Jaredd... przepraszam, że popsułem wtedyy twoje dzieckoo...-wybełkotał bo jakiś 5 minutach milczenia.
-Ty je popsułeś?-zdziwiłem się i zacisnąłem dłonie w pięści.
-Tak wyyszłoo... małem ci ne mówć...
-Dosyć Tomo! Dosyć tegoo! Nie będę tu z tobą siedział!-podniosłem się na równe nogi i poszedłem z stronę drzwi. Nacisnąłem na klamkę jednak ani nie drgnęła, powtórzyłem czynność-nic.
-Alarmm...-tuż za mną pojawił się Tomo.
-Przeklęty alarm!-kopnąłem drzwi i zacząłem śmiać wraz z Chorwatem.
-Trzeeba zadzwonić... trzeba znaleźć Shannona...-wyciągnąłem z kieszeni telefon i wybrałem numer.
-Tak?-po drugiej stronie odezwał się kobiecy głos.
-Dzziiień dobry. Gdzie jest mój Shaaannnon?!
-Bardzo pana przepraszam, ale to pomyłka..-odpowiedziała zagubiona.
-Nieee! To nie pomyłka! Wiesz gdzie jest nasz Shannonnimalek. Nazywam się Jared i dzwonię wraz z mym przyjacielem Tomo. Shannon nam spierdolił, a że jesteśmy odpowiedzialni i przeszliśmy do rekordów Guinnessa, to musimy go znaleźć.
-Ale ja naprawdę nic na to nie poradzę. Nie znam nikogo o imieniu Shannon.
-Znaszzz! Brat! Mój brat! Brat Jareda Leto... aktor, reżyser, wokalista, gitarzysta, malarz... znasz mnie i znasz mojego brata przecież. Już nie udawaj.
-Przepraszam... do widzenia.
-Czzeeekaj!-krzyknąłem jednak usłyszałam dźwięk kończącej rozmowy.
-Głupia... jak można nie znać moich przyjaciół?-prychnął Tomo.
-Głuuuupiaaaaa...-oparłem głowę o drzwi i wpatrywałem w krople deszczu obijające się od posadzki. Całe szczęście pod drzwiami był mały daszek i deszcz akurat na nas nie padał.
-Myślisz, że gitara lubi kiedy jest jej mokro?-Tomo wylał z jej wnętrza wodę, która już zdążyła się tam zebrać.
-Kto nie lubi, gdy jest mu mokro?-westchnąłem.
-Zadzwoń do Niny... Shannon lubi ją pieprzyć, więc na pewno wie gdzie jest...-mruknął.
-Jakiej Niny?
-Niny... tej Niny.... co ją przeleciałeś tydzień po zaręczynach, a teraz twój brat ją pieprzy...
-Nikt Niny nie pieprzy... na pewno nie ja.
-Shannon.
-Shannona nie ma.
-Ale on z nią robi coś co robią tylko dorośli. Zadzwoń do niej... była wczoraj u niego...w bieliźnie... wlazła do szafy.
-Toooomoooo.... przecież szafy są małe... zaglądałem do nich.
-Nie do tej...
-Zadzwonię do niej... wpuści nas do domu... zimno tutaj...-okryłem się ramionami i wyciągnąłem telefon. Z pomocą Gitarzysty udało mi się znaleźć ją kontaktach i wybrać numer i jakimś cudem przekazać, że ma po nas przyjechać.
-Jared, podnoś tyłek...-Gitarzysta złapał mnie za rękę i pociągnął do góry w stronę płotu.
-Co ty robisz?-zdziwiłem się. Płot miał ponad 2 metry.
-Wstawaj...-nachylił się, żebym wszedł mu na ramiona, jednak zamiast tego obydwaj wylądowaliśmy na trawie zaśmiewając w najlepsze.
-Na raz, dwa, trzyyy!-podniósł mnie do góry, a ja w połowie utknąłem.
-Jared!!! Wspinaj to dupskoo...-jęczał przyjaciel trzymając za uda i próbując podnieść do góry, ja nie miałem siły i śmiałem się w najlepsze. Udało mi się jednak złapać jeden z gałęzi i podnieść do góry. Jedną nogę postawiłem na płocie,a drugą na gałęzi drzewa.
-Podaj gitarę-wykonał moje polecenie, złapałem ją z jednej strony, a on gryfu i jakimś cudem po około pięciu minutach walki znalazł się koło mnie.
-Kurwa!-jęknął próbując podnieść się na nogi, złapał mojej nogawki, poczułem, że tracę równowagę, chcąc nie zlecieć chwyciłem Tomo, który próbował się podnieść i wylądowaliśmy w krzakach na ziemi, a na nasze głowy spadła gitara.
-Jared... jestem w niebie... kurewsko zimno tu jest i pada deszcz. Idź do domu... jak się poprawią tu warunki, to zadzwonię.
-Mój dom jest zamknięty... nie mam domu... jestem vegabond.
-Jestem Milicevic...Tomo Milicevic.
-Miło mi cię poznać. Umiesz grać na gitarze?
-Umiem...
-Będziesz gitarzystą w moim zespole...
-Ja gram w zespole.
-No to zjebanie...-przekręciłem się na bok, wygrzebując z kujących krzaków.
-Wyyyychłodź-pomogłem wyjść Tomo i znaleźliśmy się na podjeździe sąsiadów.
-Shhhh!-położyłem palec na ustach i próbując zatamować śmiech na palcach szliśmy po ich podjeździe. Przed moimi oczami wyrósł kontener na śmieci i wpadłem na genialny pomysł. Podszedłem do niego i lekko wysunąłem do przodu.
-Jared... nie czas na zakupy...-mruknął Chorwat zrzucając z siebie i tak całą podartą koszulkę.
-Zamknij się!-wydawało mi, że szepnąłem, ale w rzeczywistości było inaczej.-wskakuj do środka -Chorwatowi oczy wyszły na wierzch, ale po chwili szeroko się uśmiechnął.
-Trzymaj go!-krzyknął jak dziecko i podskoczył do kontenera. Wsadził ręce do środka i próbował wejść, z takim skutkiem, że wylądował głową w śmieciach, a nogi sterczały mu w górze.
-Aż tak głodny jesteś?-ledwo co mogłem ustać na nogach ze śmiechu.
-Kurwa... pomóż...-jęknął. Popchnąłem mu nogi i po chwili wstał-yeah!-krzyknął podnosząc ręce do góry.-a teraz pchaj!!!-w jedną rękę złapałem gitarę, a drugą pchałem kontener z przyjacielem...


Shannon

Dźwięk. Dzwonek. Cholernie uporczywy dzwonek. Proszę... skończ już dzwonić... daj mi spać... chcę tylko spać... czy to naprawdę aż tak dużo? Jest środek nocy... Zacisnąłem mocniej powieki i przycisnąłem dłonie do uszu, jednak nic to nie pomogło. Poczułem czyjąś dłoń na ramieniu.
-Shannon... Shannon...podaj mi telefon...-mruknęła leniwie blondynka, błądząc po mojej ręce.
-Shannnon...-puknęła mnie nieco mocniej, gdy nie reagowałem. Przewróciłem się na brzuch głośno wzdychając, a moja ręka bezwładnie opadła wystając poza łóżko.
-Leń...-mruknęła i poczułem ciężar na brzuchu. Otworzyłem leniwie jedno oko, nad którym zobaczyłem falę blond włosów.
-Tak?-Nina odebrała.-Co Jared? Mów wolniej bo nic nie rozumiem... jak to nie możesz wejść do domu?... jaki alarm?... co ty pierdolisz?... co ćpałeś?...-podniosłem się na łokciach starając wychwycić, co mówi drugi rozmówca i zacząłem się niecierpliwić.-zgubiliście Shannona?-powstrzymała się przed wybuchnięciem śmiechem- sądzę, że twoja mama to zrozumie... Będzie musiała... teraz mam do was przyjechać?... dobrze... nie ruszajcie się nigdzie, ok? Zostańcie tam gdzie jesteście i schowajcie się przed deszczem.-raptownie zapaliła lampkę, która mnie oślepiła. Szybko zasłoniłem oczy dłońmi.
-Co się stało?-spytałem.
-Jared jest z Tomo nieźle napity... mówił, że cię zgubili i zatrzasnęli na dworze.-westchnęła pod nosem i zaczesała włosy do tyłu. Spojrzała na mnie tymi swoimi zielononiebieskimi oczami. Piękne... chociaż piękne to na nie za mało... szmaragdowy zieleń, a naokoło źrenic niebieskie plamki... w zależności od emocji mniej lub bardziej. Tylko na lewym oku miała jeszcze jedną, malutką, czarną plamkę... Uśmiechnęła się delikatnie, kując mnie w bok.
-Co tak patrzysz?
-Masz ciekawy kolor oczu...-zmarszczyła brwi, niepewnie na mnie patrząc -Jedziemy?-zmieniłem temat.
-Chyba tak... lepiej, żeby nie spędzili całej nocy na takim deszczu...-spojrzała w stronę ściany, która cała była przeszklona, a drzwi na taras dziwnym trafem były otwarte, i aż tutaj było słychać krople uderzającego deszczu.
-Więc jeśli chcesz jechać, powinnaś najpierw ze mnie zejść.-złapałem ją za biodra i po chwili była już pode mną. Wstałem z łóżka i odnalazłem swoje spodnie na drugim końcu pokoju. Wyciągnąłem z szafki pierwszą lepszą koszulkę.
-Pożyczysz jakąś bluzę?-znalazła się koło mnie w swoich podartych rurkach i białym topie.
-Jasne.-wyciągnąłem z szafy czarną bluzę, w której się topiła. Złapałem ją za nadgarstek i przysunąłem do siebie, podwinąłem rękawy i zapiąłem zamek, czując jej spojrzenie.
-Możemy jechać.-rozwaliłem jej przelotnie włosy i zgarnąłem kluczyki z szafki.
-Możemy, możemy...-zamknąłem drzwi na klucz i biegiem ruszyliśmy w stronę samochodu, żeby jak najmniej zmoknąć.
-Co za pogoda...-jęknęła, gdy byliśmy już w aucie, strzepując z siebie krople deszczu.
-A ci jeszcze podobno zamknięci są na dworze...-pokręciłem z dezaprobatą głową. Aż się boje pomyśleć co ci dwaj idioci odwalili... Chociaż gdybym ja był z nimi byłoby jeszcze większe zamieszanie, więc cieszę się, że ulotniłem się z powodu telefonu blondynki. Kątem oka na nią spojrzałem. Malowała na zaparowanej szybie glify.
-Mój jest w inną stronę.-wyciągnąłem przed nią rękę.
-Przepraszam...-wygięła usta w podkówkę.
-Nie szkodzi.-uśmiechnąłem się do niej szczerze.
-W sumie jakby nie patrzeć cholernie dużo jest tej waszej symboliki.
-Wiesz... to nie są zwykłe znaki. Tak o wymyślone, żeby było coś co ludzie mogą pisać i tatuować, dając sobie wmówić jakieś gówno byle tylko się sprzedało. Za każdym tym symbolem coś się kryje, jest przemyślany i ma coś symbolizować. Nawet nie wspominaj nic o tym przy którymś z Echelonu lub Jaredzie. Mnie to denerwuje, a on jest już zupełnie przewrażliwiony. W sumie mu się nie dziwię... on jest mózgiem tego wszystkiego... przychodzi do nas z pomysłami, zgadzamy się lub nie, dodamy coś od siebie, od fanów.
-Kiedyś to wszystko ogarnę- pokazała mi język śmiejąc się - W sumie... to coraz bardziej przekonuje się do tego co robicie... staram się to zrozumieć.
-Z czasem zrozumiesz lub nie... jak to Jared mówi 'to nie dla wszystkich, to dla tych, którzy to rozumieją'. Jesteśmy na miejscu.-dodałem zatrzymując samochód na podjeździe. Całe szczęście deszcz tylko lekko kropił.
-Gdzie oni są?-rozejrzałem się po ulicy wychodząc z auta. Na ulicy panowała zupełna cisza, a przed domem nikogo nie było.
-Nie mam pojęcia...-Nina także była zdziwiona- Chodź -złapała mnie za rękę i pociągnęła w kierunku drzwi. Nacisnęła klamkę i bez problemu drzwi się otworzyły.
-Co oni pierdolą?-jęknąłem. Drzwi było otwarte, a w domu także panowała zupełna cisza. Nagle usłyszałem głośny śmiech Tomo i Jareda dochodzący z ulicy. Wybiegłem na chodnik koło samochodu, a za mną blondynka.
-Co oni odpierdalają?-spytała otępiała, ściskając mnie mocniej za rękę. Na ulicy pojawił się Jared z Tomo. Ten pierwszy trzymał w ręce gitarę, z tego co widziałem z tego miejsca w masakrycznym stanie i pchał... kontener na śmieci, w którym stał Tomo bez koszulki, z wielkim uśmiechem na twarzy.
-Shannon... przecież tutaj jest górka -jęknęła, a ja pokiwałem głową... Chłopacy stali na szczycie drogi, gdzie była malutka górka.- Jak zjadą to się zabiją...
-Jaraaaaaaaeeeeeeeeeedddddddd!!! Dajesz ma malutka kobyłko i mnie pchaj!-krzyknął gitarzysta i zaczął śpiewać- We are the champiooooonsssss myyyyy frieeeeeend and keeeeeeeep on fighting to theeee eeeeeend. We are the championssssssssssss!!!-chyba cała ulica go słyszała. Jared uśmiechnął się diabelsko pod nosem i bez ostrzeżenia popchnął kontener. Nina zakryła sobie usta, by pohamować krzyk, ale za to Gitarzysta nie próżnował -wiatr rozwiał mu włosy, wyciągnął ręce w górę i darł się w wniebogłosy. Za nim leciał serpentyną Jared, ledwo co trzymając się na nogach, machając rękoma i wydając dźwięki jak małe dziecko. Przemknęli nam przed oczami, nagle kontener raptownie skręcił i zatrzymał się na krzakach sąsiadów, wywalając się. Jared nie zdążył zahamować, w sumie nie sądzę, żeby mógł to zrobić i wywalił się tuż koło Tomo. Zorientowałem się, że cały czas stoję z otwartą buzią i chyba, ani razu przez ten czas nie mrugnąłem. Nie wytrzymałem i wybuchnąłem śmiechem, tak głośnym, że sam się zdziwiłem. Upadłem na kolana, a po chwili cały ze śmiechu wiłem się po ziemi. Po chwili podniosłem spojrzenie na Ninę, która dosłownie zabijała mnie wzrokiem.
-Jeszcze ty do nich dołącz.-fuknęła kręcąc głową - Módl się lepiej, żeby byli cali.-na jej słowa przestałem się śmiać. Miała rację, jeśli coś im się stało, to nie wiem. Podniosłem się na nogi i za nią ruszyłem. Zacząłem się jednak znowu śmiać, gdy zobaczyłem Tomo wyciągającego pomału w stronę Jareda skórkę od banana.
-Jareedku... znalazłem coś dla ciebie...-Jared spojrzał na niego nieprzytomnie i wyciągnął rękę w stronę podarunku od Gitarzysty.
-Dziękuje...-mruknął.
-Jaja sobie robicie!-Nina podniosła głos, choć widziałem, że sama też powstrzymuje się od śmiechu.
-Dobra chłopaki... wstawać...-zarządziłem wyciągając rękę w stronę Tomo. Skrzywiłem się czując odór jaki od niego bił na kilometr. Nina pomogła za to wstać Jaredowi. Gdy oboje byli na nogach złapali się za ramiona i spojrzeli na mnie.
-Shann! W końcu cię znaleźliśmy! Gdzież się podziewał?!-wykrzyknął Gitarzysta
-Jesteś nieodpowiedzialny! Naraziłeś zespół!-Jared wycelował we mnie palcem, próbując zrobić groźną minę, która coś mu nie chciała wyjść...
-Yhm... znaleźliście mnie.... macie 100 punktów...
-100 to dużo czy mało, Jay?-Tomo spojrzał w oczy ze skupieniem Jaredowi. Mój braciszek z delikatnym uśmieszkiem podrapał się po brodzie mrużąc oczy.
-Ooo.. chyba.. Dużo!-uśmiechnął się promiennie, jakby odkrył nie wiadomo jak ważną rzecz.
-Brawa dla was. Jestem z was naprawdę dumny, a teraz do domu.-powiedziałem zdecydowanym tonem, zauważając sąsiadów wychylających się z drzwi. Nasze krzyki, śpiewy i śmiechy na pewno ich zbudziły.
-Alee.... musimy się z Tobą napić...-Jared chciał mnie przytulić, ale odskoczyłem do tyłu.
-Nie sądzisz, że tutaj nie znajdziemy alkoholu? Chyba, że Tomo wygrzebie coś w śmieciach...-popchnąłem ich w kierunku drzwi. Chwiejnym krokiem weszli do środka. Gitarzysta poszedł w stronę salonu, a ja skierowałem się do kuchni. Na widok jaki mnie spotkał mimowolnie zacisnąłem ręce. Jedna z szafek leżała na ziemi, a wkoło niej mnóstwo szkła. 'Co oni do cholery tu wyprawiali?!'
-Tomo! Zostaw to!-usłyszałem krzyk blondynki i poleciałem do salonu. Gitarzysta opróżniał butelkę wina, którą Nina próbowała mu wyrwać, a Jared z głupkowatym uśmiechem stał pod ścianą z Jackiem.
-Dosyć tego.-jednym ruchem wyrwałem mu butelkę, na co zareagował krzykiem, a Jay chamsko zaśmiał pod nosem machając swoją butelką.
-Do swojego pokoju! Ale to już!-syknąłem na niego kiedy dodatkowo zobaczyłem, że kolejny akustyk w salonie jest cały w winie, połamany fotel, zbite zdjęcia oraz jedzenie i butelki wszędzie gdzie się da.
-Mamusia się znalazła...-prychnął wciąż z chamskim uśmieszkiem i pokazał w moim kierunku fucka.
-Tego za wiele... Już cię tu nie ma! Do pokoju! Jak z małym dzieckiem! Ile ty człowieku masz lat?! Dom wygląda jakby urzędowało tu stado dzików! Nie chcę cię widzieć na oczy!-popchnąłem go na schody, a on z miną obrażonego dziecka poszedł na górę. Odwróciłem się do tyłu i zobaczyłem Tomo, który leżał nieprzytomnie na podłodze.-Matko Boska...-westchnąłem i z pomocą Niny podniosłem go do góry. Wstrzymywałem oddech jak tylko się dało, a Gitarzysta prowadzony przez nas cały czas gadał niezrozumiałe słowa. Zaprowadziliśmy go do łazienki i wsadziłem go pod prysznic puszczając strumień zimnej wody. Tępo patrzył się w nas nieobecnym spojrzeniem. Włosy zakryły mu pół twarzy.
-Jak on wygląda...-NIna założyła ręce kręcąc głową- jak można doprowadzić się to takiego stanu?
-A można, można...-odparłem.
-A weźcie się wszyscy pierdolcie...-wybełkotał gitarzysta.
-Tak Tomo... szkoda, że ciebie nic nie pierdolnęło w łeb.
-Peace and love!-krzyknął ledwo co podnosząc rękę do góry w znaku pokoju.
-Zostań z nim tu, a ja idę sprawdzić inne szkody...-położyłem jej dłoń na ramieniu i zszedłem na dół, gdzie śmierdziało gorzej w niż w gorzelni. Zatrzymałem się przed drzwiami od studia. Przeżegnałem, wziąłem głęboki oddech i pomału wszedłem do środka. Niepewnie moja ręka znalazła się na włączniku światła 'raz, dwa...trzy' zapaliłem i podszedłem do mojego maleństwa oglądając je z każdej strony. Było całe. Całe szczęście... gdyby zostało uszkodzone poszedłbym siedzieć za zabójstwo tych idiotów. Pogłaskałem bębny i rozejrzałem się dookoła... były tutaj jedynie butelki, które zostawiliśmy grając... no i brakowało dwóch akustyków... pozostawmy to, że to jedne z ulubionych akustyków Jareda. Jednego już nie da się na pewno uratować... Oj... czuję, że mój braciszek jak wytrzeźwieje dostanie niezłego wkurwa ze swojej własnej głupoty, ale dobrze mu tak. Ważne, że nie zostało uszkodzone nic mojego, i że Artemis i Pitagoras są bezpieczne. Spojrzałem na stojak, na którym stały te dwie gitary i gorący pot oblał moje plecy. Brakowało. Brakowało Pitagorasa, który kilka godzin temu jeszcze tu był. Zacisnąłem dłonie w pięści i wyleciałem z pomieszczenia jak z procy, mało co nie zabijając się o butelki i na schodach.
-Pojebało cię doszczętnie!-wleciałem do sypialni Jareda wrzeszcząc jak oszalały. Zatrzymałem się jednak przy łóżku. W pokoju paliła się jedynie malutka lampka, a Jared siedział skulony pod oknem obejmując Pitagorasa. Minę miał jak małe zagubione dziecko, a te jego niebieskie ślipia mało mu nie wyleciały na wierzch.
-Dawaj mi to!-warknąłem i wyrwałem mu gitarę.
-Nieeee!!!-krzyknął jak małe dziecko, które bardzo często przypominał - Muszę się nim zaopiekować...
-Ty lepiej nic nie rób.-prychnąłem oglądając gitarę z każdej strony - Całe szczęście jesteś cały...- tak... powiedziałem to do gitary.
-Oddaj mi Pitusia mojego! On czuje się bezpieczny w moich ramionach...-złapał się mojej nogawki.
-Tak samo jak pozostałe dwa akustyki, hęę? Z jednego nic nie zostało.
-Zaopiekuje się nim. Jestem najlepszym opiekunem.-zrobił minę pieska i wygiął usta.
-Sądzę, że nie chciał byś skończyć martwy, więc ci go nie oddam. Do spania.
-Nie chcę spać. Chcę Pitka.
-Nie dostaniesz Pitagorasa. Do spania, Jared...-westchnąłem.
-Pójdę spać, ale z Pitagorasem, ktoś musi czuć się bezpieczny w moich ramionach. Muszę się kimś zaopiekować... on może czuć się bezpieczny... chociaż on.-w jego oczach malował się tak wielki smutek, że cała złość ze mnie odeszła. Odstawiłem gitarę na bok i złapałem go pod ramię.
-Chcę spać spać z Pitkiem...-powtórzył - Chcę, żeby ktoś przy mnie był.
-Teraz idziemy się wykąpać.-zaprowadziłem go do łazienki i posadziłem na toalecie.
-Wyciągaj nogi.-pomogłem mu ściągnąć spodnie, z czym tak łatwo nam nie poszło.-teraz ręce do góry. Do góry -powtórzyłem, gdy leniwie opadły mu wzdłuż ciała. Jakoś udało mi się go rozebrać i w samych bokserkach pomogłem mu wejść pod prysznic.
-Kąp się.-zarządziłem.
-Nie mam siły...-oparł się głową o ścianę, a woda po nim spływała. Pokręciłem głową i sam pozbyłem się odzieży. Tak to jest z młodszym rodzeństwem... Wszedłem pod prysznic i zacząłem go myć.
-Teraz włosy.-powiedziałem, a on schylił głowę na dół. Wylałem szampon i porządnie wyszorowałem jego kudły.
-Wychodzimy.-zakręciłem wodę i przytrzymując go by się nie wywalił, zarzuciłem mu ręcznik na ciało, a mniejszy na włosy. Podniósł na mnie swoje zagubione spojrzenie i wyglądał jak malutki Jared... jak mój malutki braciszek, który ma 4 latka. Zawsze kiedy mama umyła mu włoski, zarzucała ręcznik na głowę, a ten siadał na podłodze i oglądał bajki. Chyba jeden z nielicznych momentów kiedy siedział spokojnie. Ręcznikiem wytarłem mu włosy zostawiając je w nieładzie.
-Dasz radę się ubrać?-podałem mu bieliznę, a ten pokiwał głową. Wyszedłem z łazienki i sam ubierając się w czyste ciuchy brata.
-Mogę?-zapukałem do łazienki kilka minut później. Wszedłem do środka, a Jared składał swoje ciuchy w kostkę.
-Zostaw -powiedziałem spokojnie, zabierając mu je i podając szczoteczkę do zębów. Pomogłem mu z umyciem zębów i założyłem na niego czystą koszulkę.
-Chodź spać.-poprowadziłem go do łóżka i przykryłem pod sam nos kołdrą. Usiadłem koło niego, przypatrując się mu.
-Mały Jaredek...-zaśmiałem się pod nosem, głaszcząc go po głowie.- mój malutki braciszek.
-Nie jestem malutki...
-Dla mnie zawsze będziesz... Malutki, niegrzeczny aniołek.-uśmiechnął się delikatnie pod nosem.
-Kochasz mnie nadal?
-Oczywiście, że cię kocham. Zawsze i wszędzie. Choćby nie wiem co.
-Nawet kiedy jestem chujem?
-Nawet wtedy. Jesteś moim bratem i najważniejszą osobą w moim życiu.
-Kocham cię.
-Wiem. Też cię kocham I wiem, że jutro nic nie będziesz pamiętał.
-Ale zawsze możesz mi to przypomnieć.-westchnął i zamknął oczy. Na jego twarzy malował się spokój i taka dziecinna niewinność. Jakby nigdy się nie postarzał... jakby nie był tak doświadczony przez życie, jakby wszystkie troski odeszły, a on był malutkim chłopczykiem, któremu nic nie grozi i niczym nie musi się przejmować. Chciałbym żeby tak było. Chciałbym, żeby mu się udało, żeby wszystko było tak jak chce. Bez problemów... Przewrócił się na drugi bok i jedną nogę wystawił spod kołdry, mlaskając pod nosem. Jeszcze raz przejechałem po jego włosach, zgasiłem lampkę i cichutko udałem do łazienki. Blondynka stała oparta o ścianę, a Tomo chyba spał.
-Padł przed chwilą.-moje wątpliwości rozwiała Nina. Popatrzyłem na przyjaciela z dezaprobatą kręcąc głową. Osz ten nasz szalony Tomislav... cicha woda brzegi rwie. Jak Vicki zobaczyłaby co jej mężuś wyczyniał przez miesiąc spałby na kanapie.
-Co z nim robimy?
-Zostawimy go tu.-wzruszyłem ramionami - Nie zamierzam tego śmierdziela kłaść, do któregoś z łóżek. Chodź spać -złapałem ją za rękę i poprowadziłem w stronę swojej sypialni.
-Chłopaki...-mruknęła, gdy zrzuciłem z siebie spodnie i położyłem na łóżku.
-Są zalani w trzy dupy i szybko nie wstaną.-uśmiechnęła się i sama pozbyła spodni. Położyła się po drugiej stronie łóżka, a ja oplotłem ją ramionami.
-Niezłego kaca będą mieć.-poczułem drżenie pod sobą, bo blondynka zaczęła się śmiać.
-Dodatkowo moralnego... jak Jared zobaczy co wyczynili z jego akustykami kogoś uszkodzi.
-Czyli rozumiem, że rano mam się szybko zmyć?
-Tak będzie najbezpieczniej.
-Ciekawe jak sąsiedzi zareagują na brak kontenera...
-Zadowoleni na pewno nie będę...-zaśmiałem się przypominając sobie przyjaciela zjeżdżającego z górki. Oj Tomo... tego widoku nie zapomnę do końca życia i będę Ci go wypominał.
-Jak wy się tak zawsze spijacie, to naprawdę współczuję ludziom w waszym otoczeniu.
-Nie no... nie jest, aż tak źle.
-Yhm... już ci uwierzę.
-Oj dobra...
-Dobranoc.-pocałowała mnie w policzek.
-Dobranoc.-odwzajemniłem gest i mocniej przytuliłem do siebie. Zamknąłem oczy i nawet nie wiem kiedy zasnąłem. 



Witam ;) No i mamy kolejny rozdział, z którego szczerze mówiąc nie jestem zadowolona. Część z perspektywy Jareda irytuje mnie najbardziej, no ale... napisałam tak i zmieniać już nie będę. Ocenę pozostawiam Wam ;) Pozdrawiam!